Patrząc z prawie półrocznej perspektywy, to niemal wszystko tutaj podpowiadało mi – i nadal podpowiada! – żebym się spakował i wracał do miejsca, gdzie miałem wydeptane własne ścieżki, które kocham, ale w którym chyba w ostatnim okresie pobytu tam chyba się trochę dusiłem – do Wrocławia.
Po wylądowaniu w Glasgow Prestwick pierwsza przeszkoda biurokratyczna – nie mogłem uzyskać darmowego biletu na pociąg, tak jak moje poznane jeszcze na lotnisku we Wrocławiu współtowarzyszki podróży – K., K. i D., bo nie mam wydrukowanego potwierdzenia lotu z logo przewoznika. Paranoja – żyjemy w XXI wieku, wszędzie są komputery, rezerwacje internetowe w założeniu miały nas odciązyć od zbędnych papierów, a ode mnie się wymaga, żebym przedstawił dowód, że miałem rezerwację na lot, którym przyleciałem. Tak jakby bez niej wydano mi kartę pokładową lotu i wpuszczono na samolot...
Nota bene, kilka miesięcy później się okazało, że i takie przypadki są możliwe.
Bardzo miła pani powiedziała mi, że nie może mi pomóc w tym względzie i żeby prosić konduktora – może on coś pomoże, chociaż ona wątpi. Pełen wiary w moje szczęście wziąłem to za dobrą monetę. Jak się okazało – tym razem jeszcze słusznie.
W pociągu trafiliśmy na okrągłego, jowialnego brodacza kontrolującego i sprzedającego bilety. Z przeraźliwie szkockim akcentem, z którego moje jeszcze wtedy niewprawione ucho wyłapywało zaledwie pojedyńcze angielskie słowa. Konduktor, nie dość, że nie wlepił mi kary za brak biletu, to jeszcze nie nalegał, bym płacił za przejazd z Prestwick do Glasgow, a po namyśle postanowił mi pomóc w uzyskaniu darmowego biletu (który mi się przecież należał!) na resztę trasy do Aberdeen na dworcu w Glasgow.
Właśnie tam z jego ust usłyszałem najbardziej trafny opis Aberdeen w porównaniu z innymi miastami. Mianowicie, o ile pamiętam – Glasgow jest stolicą kulturalną Szkocji, Edynburg stolicą i dużym miastem, a Aberdeen... a w Aberdeen to jest zimno.
Konduktorowi udało się załatwić dla mnie darmowy bilet, mimo tego, że naraził się na złość swojego znajomego, który akurat szczęśliwie siedział w kasie. Ów znajomy wypisał mi kwitek na przejazd, ale był wyraźnie zdenerwowany na dobrodusznego brodacza, że przez niego musi przekroczyć Procedury. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jakie miałem szczęście trafiając na tak sympatycznego konduktora. Wtedy jeszcze myślałem, że w Szkocji wszyscy są tak mili i pomocni – przecież tak mówili w radiowej Trójce tuż przed moim wyjazdem...
Z biletem w garsci pożegnałem się i pobiegłem z dziewczynami na drugi dworzec kolejowy, skąd odjeżdżał pociąg do naszej stacji docelowej – Aberdeen.
Przygoda z biletem podpowiadała mi, że szczęście mnie nie opuszcza. A bardzo jego potrzebowałem, bo jechałem na obczyznę wbrew wszelkim zasadom – mając zdecydowanie za mało pieniędzy, nie znając na miejscu nikogo, nie mając załatwionej pracy. Jedynymi rzeczami, które w moim mniemaniu dawały mi szanse na przetrwanie była znajomość języka, status szkockiego studenta i własne szczęście.
Przed wyjazdem nawiązałem kontakt telefoniczny z R., który obiecał mnie przenocować w swoim pokoju w Aberdeen – akurat gdy przyleciałem do Szkocji, on przyleciał na tydzień do Wrocławia. Dał mi telefon do swojego wspólokatora P., z którym miałem się kontaktować. No to zadzwoniłem. Na dzień dobry niemal zostałem okrzyczany, że co R. sobie myśli, że robi z ich mieszkania hotel, zaprasza nieznajome osoby i że w ogole nic nie bylo umówione. Że mam zadzwonić później, bo oni w mieszkaniu muszą się naradzić. Zjeżyłem się. Tak się nie wita gości. Nawet jeśli się ich na oczy nie widziało. Gdy zadzwoniłem drugi raz, P. już był mniej nieprzyjemny. Ale powiedział, że ich i tak jest tam za dużo, że się boją landlorda, bo czasem przechodzi ich ulicą i że w ogole, to mogą mnie max 3 noce przenocować. I ani ani więcej. Powiedziałem, że w takim razie się odezwę. Że nie chcę im robić kłopotu. Że poradzę sobie jakoś. Że być może na stacji w Aberdeen będą stali ludzie podobnie jak w Sopocie czy w Zakopanem z tabliczkami „Cheap rooms”. Że „pa”.
Po drodze kolejna niespodzianka – mimo, że D., K. i K. się znały ze studiów, a dwie z nich miały gdzie się zatrzymać w Aberdeen, to trzecia nie mogła liczyć na ich pomoc. Jechała w ciemno tak jak ja i moim skromnym zdaniem została wystawiona do wiatru jeszcze gorzej niż ja przez P. Ale pomyślałem, że może to i dobrze – razem będzie raźniej szukać dachu nad głową. Nadal wierzyłem we własne szczęscie.
Aberdeen przywitało nas pochmurną pogodą, która w połączeniu z wieczorową porą zapewniała trochę upiorną atmosferę. Po pożegnaniu z dziewczynami (dwoma, trzecia została mi „sprzedana”), postanowiliśmy coś zjeść. Trafiliśmy do chińskiego take-a-way-a, z jąkającym się i ledwo mówiącym po angielsku Chińczykiem w środku. Naś klient, naś pan – aż się chciało zakrzyknąć. Jedzenie było niezłe. Rachunek też. Jak liczyliśmy, powinien był być na kwotę około 10 funtów. Ale wedle matematyki zastosowanej na rachunku, który dostaliśmy, powinniśmy zapłacić jakieś 16 funtów. Z mi znanego systemu matematycznego to chyba tylko cyfry arabskie tam pozostały. Nic, dosłownie nic sie nie zgadzało. Przeprosiłem pana i nieśmiało spytałem, że chcieliśmy zapłacić osobno. Spłoszył się trochę, rachunek z egzotycznymi wyliczeniami zniknął i, o dziwo, zapłaciliśmy w sumie tyle, ile mieliśmy do zapłaty wedle naszej, europejskiej, rzekłbym nawet – kontynentalnej – matematyki. Przeprasiam, przeprasiam, naś klient, naś pan. I jak tu nie przytaczać rasistowskich skeczy?
Sam lokal był równie interesujący jak matematyka Azjaty. Podzielony na dwie części – take-a-way i dalej coś na wzór restauracji. Ceraty na stołach, plastikowy kwiatek i migający neon w oknie na ulicę. Towarzystwo również dziwne. Stara Chinka, pomarszczony, wytatuowany z długimi siwymi włosami Szkot i w rogu dwójka szepczących naszych rodaków, jak się okazało. I ile pamiętam do tej ferajny później dołączyła jeszcze jedna kobieta o aparycji starej dziwki. Obrazek rodem z filmu kryminalnego dziejącego się w China Town. Niezły start w nowym miejscu...
Etykiety: polska, szkocja, wyjazd