27 lipiec 2007

W międzyczasie

Nim się zmuszę do kolejnego wpisu - bo przydałoby się aby było chronologicznie - to wrzucę kilka fotek z moich początków w Aberdeen. Bez ładu i składu, bardzo przypadkowch. Z wycieczki do Edynburga, z mojego mieszkania, z samego Aberdeen. Z albumu testowego, bez ładu i składu.

Etykiety: , ,

28 marzec 2007

Szkocja wita

Patrząc z prawie półrocznej perspektywy, to niemal wszystko tutaj podpowiadało mi – i nadal podpowiada! – żebym się spakował i wracał do miejsca, gdzie miałem wydeptane własne ścieżki, które kocham, ale w którym chyba w ostatnim okresie pobytu tam chyba się trochę dusiłem – do Wrocławia.

Po wylądowaniu w Glasgow Prestwick pierwsza przeszkoda biurokratyczna – nie mogłem uzyskać darmowego biletu na pociąg, tak jak moje poznane jeszcze na lotnisku we Wrocławiu współtowarzyszki podróży – K., K. i D., bo nie mam wydrukowanego potwierdzenia lotu z logo przewoznika. Paranoja – żyjemy w XXI wieku, wszędzie są komputery, rezerwacje internetowe w założeniu miały nas odciązyć od zbędnych papierów, a ode mnie się wymaga, żebym przedstawił dowód, że miałem rezerwację na lot, którym przyleciałem. Tak jakby bez niej wydano mi kartę pokładową lotu i wpuszczono na samolot...

Nota bene, kilka miesięcy później się okazało, że i takie przypadki są możliwe.

Bardzo miła pani powiedziała mi, że nie może mi pomóc w tym względzie i żeby prosić konduktora – może on coś pomoże, chociaż ona wątpi. Pełen wiary w moje szczęście wziąłem to za dobrą monetę. Jak się okazało – tym razem jeszcze słusznie.

W pociągu trafiliśmy na okrągłego, jowialnego brodacza kontrolującego i sprzedającego bilety. Z przeraźliwie szkockim akcentem, z którego moje jeszcze wtedy niewprawione ucho wyłapywało zaledwie pojedyńcze angielskie słowa. Konduktor, nie dość, że nie wlepił mi kary za brak biletu, to jeszcze nie nalegał, bym płacił za przejazd z Prestwick do Glasgow, a po namyśle postanowił mi pomóc w uzyskaniu darmowego biletu (który mi się przecież należał!) na resztę trasy do Aberdeen na dworcu w Glasgow.

Właśnie tam z jego ust usłyszałem najbardziej trafny opis Aberdeen w porównaniu z innymi miastami. Mianowicie, o ile pamiętam – Glasgow jest stolicą kulturalną Szkocji, Edynburg stolicą i dużym miastem, a Aberdeen... a w Aberdeen to jest zimno.

Konduktorowi udało się załatwić dla mnie darmowy bilet, mimo tego, że naraził się na złość swojego znajomego, który akurat szczęśliwie siedział w kasie. Ów znajomy wypisał mi kwitek na przejazd, ale był wyraźnie zdenerwowany na dobrodusznego brodacza, że przez niego musi przekroczyć Procedury. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, jakie miałem szczęście trafiając na tak sympatycznego konduktora. Wtedy jeszcze myślałem, że w Szkocji wszyscy są tak mili i pomocni – przecież tak mówili w radiowej Trójce tuż przed moim wyjazdem...

Z biletem w garsci pożegnałem się i pobiegłem z dziewczynami na drugi dworzec kolejowy, skąd odjeżdżał pociąg do naszej stacji docelowej – Aberdeen.

Przygoda z biletem podpowiadała mi, że szczęście mnie nie opuszcza. A bardzo jego potrzebowałem, bo jechałem na obczyznę wbrew wszelkim zasadom – mając zdecydowanie za mało pieniędzy, nie znając na miejscu nikogo, nie mając załatwionej pracy. Jedynymi rzeczami, które w moim mniemaniu dawały mi szanse na przetrwanie była znajomość języka, status szkockiego studenta i własne szczęście.

Przed wyjazdem nawiązałem kontakt telefoniczny z R., który obiecał mnie przenocować w swoim pokoju w Aberdeen – akurat gdy przyleciałem do Szkocji, on przyleciał na tydzień do Wrocławia. Dał mi telefon do swojego wspólokatora P., z którym miałem się kontaktować. No to zadzwoniłem. Na dzień dobry niemal zostałem okrzyczany, że co R. sobie myśli, że robi z ich mieszkania hotel, zaprasza nieznajome osoby i że w ogole nic nie bylo umówione. Że mam zadzwonić później, bo oni w mieszkaniu muszą się naradzić. Zjeżyłem się. Tak się nie wita gości. Nawet jeśli się ich na oczy nie widziało. Gdy zadzwoniłem drugi raz, P. już był mniej nieprzyjemny. Ale powiedział, że ich i tak jest tam za dużo, że się boją landlorda, bo czasem przechodzi ich ulicą i że w ogole, to mogą mnie max 3 noce przenocować. I ani ani więcej. Powiedziałem, że w takim razie się odezwę. Że nie chcę im robić kłopotu. Że poradzę sobie jakoś. Że być może na stacji w Aberdeen będą stali ludzie podobnie jak w Sopocie czy w Zakopanem z tabliczkami „Cheap rooms”. Że „pa”.

Po drodze kolejna niespodzianka – mimo, że D., K. i K. się znały ze studiów, a dwie z nich miały gdzie się zatrzymać w Aberdeen, to trzecia nie mogła liczyć na ich pomoc. Jechała w ciemno tak jak ja i moim skromnym zdaniem została wystawiona do wiatru jeszcze gorzej niż ja przez P. Ale pomyślałem, że może to i dobrze – razem będzie raźniej szukać dachu nad głową. Nadal wierzyłem we własne szczęscie.

Aberdeen przywitało nas pochmurną pogodą, która w połączeniu z wieczorową porą zapewniała trochę upiorną atmosferę. Po pożegnaniu z dziewczynami (dwoma, trzecia została mi „sprzedana”), postanowiliśmy coś zjeść. Trafiliśmy do chińskiego take-a-way-a, z jąkającym się i ledwo mówiącym po angielsku Chińczykiem w środku. Naś klient, naś pan – aż się chciało zakrzyknąć. Jedzenie było niezłe. Rachunek też. Jak liczyliśmy, powinien był być na kwotę około 10 funtów. Ale wedle matematyki zastosowanej na rachunku, który dostaliśmy, powinniśmy zapłacić jakieś 16 funtów. Z mi znanego systemu matematycznego to chyba tylko cyfry arabskie tam pozostały. Nic, dosłownie nic sie nie zgadzało. Przeprosiłem pana i nieśmiało spytałem, że chcieliśmy zapłacić osobno. Spłoszył się trochę, rachunek z egzotycznymi wyliczeniami zniknął i, o dziwo, zapłaciliśmy w sumie tyle, ile mieliśmy do zapłaty wedle naszej, europejskiej, rzekłbym nawet – kontynentalnej – matematyki. Przeprasiam, przeprasiam, naś klient, naś pan. I jak tu nie przytaczać rasistowskich skeczy?

Sam lokal był równie interesujący jak matematyka Azjaty. Podzielony na dwie części – take-a-way i dalej coś na wzór restauracji. Ceraty na stołach, plastikowy kwiatek i migający neon w oknie na ulicę. Towarzystwo również dziwne. Stara Chinka, pomarszczony, wytatuowany z długimi siwymi włosami Szkot i w rogu dwójka szepczących naszych rodaków, jak się okazało. I ile pamiętam do tej ferajny później dołączyła jeszcze jedna kobieta o aparycji starej dziwki. Obrazek rodem z filmu kryminalnego dziejącego się w China Town. Niezły start w nowym miejscu...

Etykiety: , ,

20 styczeń 2007

Początki

Ostatnio nie piszę wiele na blogu. Czasu nie ma, inwencji, siły, no i trochę możliwości brak, bo od Internetu odcięty trochę jestem. Znajomych muszę naciągać, żeby się podłączyć bo szkołę zamknęli na okoliczność świąt.

Może od początku. Bo kilku osobom należy się parę słów wyjaśnienia. Jak to się zaczęło? W jaki sposób wylądowałem w brudnym, zimnym, ale też trochę magicznym Aberdeen? Mało kto mi wierzy, jak mówię, że był to zupełny przypadek...

Zmęczony zimą, która w zeszłym roku trwała nadspodziewania długo, tak długo, że stała się tematem przewodnim we wrocławskich tramwajach i autobusach, zmęczony bieganiem z miejsca na miejsce za zajęciami, każdemu to mówię – 40 godzin tygodniowo na dwóch kierunkach – jakoś w maju zacząłem się zastanawiać, czy nie zostawić tego wszystkiego w cholerę na jakiś czas. Pierwszy pomysł był taki, żeby wziąć urlop dziekański, pojechać gdzieś na Wyspy, gdziekolwiek; zaczepić się jako opiekun ludzi niepełnosprawnych, odpocząć, zarobić trochu pieniążków, ot takich, żeby móc sobie porządny komputer kupić, przypomnieć sobie trochę język angielski, który gdzieś mi uleciał, odfajkować sprawę w CV i wrócić. Kiełkowało to, kiełkowało w mojej głowie, aż pewnego dnia zapytałem dr Kamilę, moją wykładowczynie na pedagogice, jak trudno załapać się do pracy w naszym sektorze, od znajomych wiedziałem, że kilka razy pracowała wakacyjnie w Irlandii w zawodzie.

Po rozmowie z nią wyszło, że może mnie zrekrutować na studia w Szkocji, które nie są zbyt ciężkie i w trakcie których spokojnie można pracować, nie przemęczając się. Przeglądając katalog RGU znalazłem studia, które mi się bardzo spodobały – Publishing with Journalism. Były też media studies, ale wystraszyła mnie notka „For validation” bodajże, więc sobie z nimi dałem spokój.

Wypełniłem formularz zgłoszeniowy „na rybkę”, mówiąc, że i tak pewnie obleję test językowy, bo był planowany na sam środek bardzo ciężkiej dla mnie sesji, a mi angielskie trybiki trochę pordzewiały po dwóch latach ich nieużywania. Okazało się jednak, że gwiazdy mi tamtego czasu sprzyjały. Nie dość, że test zaliczany z marszu zdałem bardzo dobrze, to jeszcze cała sesja mi poszła jak po maśle, co było dla mnie trochę zaskoczeniem.

Po zdaniu testu zacząłem trochę poważniej podchodzić do tego całego pomysłu. Porozmawiałem z rodzicami, którzy, choć trochę zasakoczni, obiecali pomóc. Wypełniłem formularze, przetłumaczyłem świadectwo maturalne i stertę innych dokumentów. Na ostatnią chwilę oddałem wszystko dr Kamili, która posłała to do Szkcji. I czekałem...

Właśnie czekanie w tym wszystkim było najgorsze. Ubzdurałem sobie, że powinienem być we Wrocławiu, jak przyjdzie odpowiedź, że być może bedę musiał uzupełnić dokumentację i takie tam. Przez to czekanie trochę wakacje, wyjątkowo gorące, sobie popsułem, bo prawie nosa nie wyściubiłem z miasta przez pierwsze kilka tygodni lata.
Odpowiedź przyszła bardzo późno, co zmusiło mnie do niemal histerycznego nadrabiania zaległości na dziennikarstwie, bo sesję sobie zawsze rozkładam na dwie części. Część rzeczy zdążyłem zrobić, część nie, ocenę dostając na piękne oczy... i, nie oszukujmy się, mimo wszystko dobrą renomę, która sobie wyrobiłem u wykładowców.

Decyzja że jadę zapadła dosłownie w kilkanaście dni, dostałem decyzję, że mnie chcą, pouzgadniałem mniej więcej wszystko w domu, pozaliczałem zaległości i już siedziałem w samolocie do Glasgow, zastanawiając się, co mnie czeka za zakrętem życia...

Etykiety: , , ,

23 listopad 2006

The Complete Idiot's Guide to Polish Culture



Niech wreszcie co poniektórzy przestaną mylić Poland z Holland... Ta okładka to niemal zwięczenie mojego projektu wydawniczego - jeszcze tylko będę musiał napisać 6 stron tej książki.

21 listopad 2006

Miałem sen

Wczoraj rano śniły mi się gumisie. Od tego czasu nie mogę się uwolnić od melodii z piosenki tytulowej:
Dzielnie Gumisie po lesie buszują
Sami i Kabi wciąż tam psocić chcą
Grafi mądrala znów nam się przechwala
Tami zajada jagody co krok ...

Ref. Zobacz sam, jak Gumisie skaczą tam i siam
bo Gumisie każdy dobrze zna
Gumiś to dzielny miś

Choć Książe Ightorn im ciągle przeszkadza
To Bunia ma przepis na Gumisiowy sok
Choć Tołdi się stara to Zami zna czary
Gumisie zwyciężą, dla ogrów to sok

Ref. Zobacz sam, jak Gumisie skaczą tam i siam
bo Gumisie każdy dobrze zna
Gumiś to dzielny miś
Gumiś to dzielny miś

Na krawędzi



Zawsze lubiłem być na krawędzi. Jestem po rozmowie z Timem - wykładowcą, któremu pracę jestem winien. Mam mu ją oddać wraz z krótkim uzasadnieniem, czemu się spóźniłem, zdecyduje później co z tym zrobić. Na za tydzień mam do oddania kolejną pracę, właśnie napisałem prowadzącemu zajęcia, że chcę zmienić temat. Przetłumaczę pracę z Polski - inaczej nie dałbym rady... na krawędzi to na krawędzi. Ma to swój urok...

20 listopad 2006

No to się doigrałem ;)...

I note from our records I have not received your Coursework for BS3130 - Desktop Publishing for Journalists, which was due at 1pm on Thursday, 19 October 2006.

This will be noted as a NS (Non-submission).

If you have had an extension authorised can I remind you that you need to submit the Coursework Extension form, signed by your Stage Tutor (Isabella Crawford) to me. This form can be found on the University web pages. (http://www.rgu.ac.uk/academicaffairs/assessment/page.cfm?pge=36332)

Rachel


Heh, królestwo dla tego, kto powie jak to się skończy... A praca będzie gotowa na dziś wieczór.

16 listopad 2006

4. Assessment - Submission of Coursework

4.2 Penalties for late submission of coursework:
(i) Coursework received after the specified date and time for submission shall only be accepted if there is a valid reason which has been accepted by the staff member issuing the coursework. Late coursework, accepted because of extenuating circumstances, shall be assessed in the normal way.
(ii) Coursework received late without valid reason shall not be accepted and shall receive no grade, and shall count as an assessment opportunity.

Praktycznie spóźniłem się o tydzień... Znaczy, spóźnię się, bo oddam pracę dopiero w poniedziałek. Zobaczymy, czy rzeczywiście szczęście mi sprzyja. Do tego jeszcze nie wiem, co to jest "assessment opportunity"...

Dlaczego trzeba być wszedzie na czas?